Jarosław Toborek oficjalnie rozpoczął pracę w roli dyrektora akademii Górnika Łęczna. Wcześniej pracował w Cracovii, Rakowie i Koronie Kielce, gdzie przeszedł drogę od asystenta trenera do wicedyrektora. W rozmowie opowiada o planach, wizji akademii oraz o tym, co chce wnieść do klubu z Lubelszczyźny. Mówi o znaczeniu regionu, współpracy z rodzicami i procesie wprowadzania wychowanków do pierwszej drużyny.
Panie dyrektorze, witamy w Górniku Łęczna! Na początek zróbmy szybki krok w tył. Dla tych kibiców, którzy nie mieli jeszcze okazji Pana poznać: kim jest Jarosław Toborek? Jaka była Pana dotychczasowa droga w piłce nożnej i co sprawiło, że dzisiaj ląduje Pan na Lubelszczyźnie?
Jarosław Toborek: Pytanie jest dosyć długie, ale postaram się odpowiedzieć, zaczynając może od końca. Co sprawiło, że trafiłem do Górnika? Myślę, że przede wszystkim determinacja osób zarządzających klubem, duże zaufanie, z którym spotkałem się od pierwszej rozmowy, oraz przedstawiona mi wizja projektu. Nie była to decyzja podjęta w ułamku sekundy, ale zapadła bardzo szybko.
Jeśli chodzi o moją drogę i to, kim jestem – całe życie jestem mocno związany z piłką nożną. Towarzyszyła mi ona od najmłodszych lat. Wiedziałem, że najpierw jako zawodnik, a później jako trener będę rysował swoją przyszłość wokół futbolu. Grałem w juniorskich kategoriach Korony Kielce, później na poziomie trzeciej ligi. Następnie podjąłem decyzję o studiach na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Tam stawiałem pierwsze kroki jako trener w akademii FCB Escola, a później Escola Varsovia. W Warszawie spędziłem sześć lat.
Kolejnym krokiem był transfer do Rakowa Częstochowa, gdzie przez cztery lata pracowałem w tamtejszej akademii. Stamtąd wróciłem w rodzinne strony, czyli do Korony Kielce, z której kiedyś wyszedłem jako młody zawodnik. W Koronie przez dwa lata pełniłem funkcję koordynatora szkolenia akademii. Następnie trafiłem do Cracovii, gdzie objąłem już rolę bardziej menedżerską i zarządzającą jako wicedyrektor akademii ds. szkolenia. Po roku spędzonym w Krakowie trafiam do Górnika Łęczna jako dyrektor akademii. To długa, ale bardzo świadomie budowana droga. Bardzo się cieszę, że jestem w tym miejscu – człowiek po to pracuje i się rozwija, żeby takie momenty przychodziły.
Czyli ideologia wychowanka, która przyświeca Górnikowi, jest Panu doskonale znana z własnego doświadczenia. Sam jako profesjonalny zawodnik Korony wrócił Pan do niej później w zupełnie nowej roli.
Zdecydowanie tak. Uważam, że szczególnie w Łęcznej, gdzie kontekst regionu jest specyficzny i niezwykle istotny, ma to ogromne znaczenie. Budowanie tożsamości w oparciu o silne przywiązanie górnicze, które tutaj widać na każdym kroku, jest kluczowe. Chodzi o to, by ludzie stawiający pierwsze kroki jako zawodnicy wiązali się z tym regionem i klubem, a w przyszłości mogli do niego wrócić w innych rolach.
Mnie taka możliwość spotkała w innym klubie, natomiast w Górniku chcę budować akademię bardzo mocno w oparciu o tożsamość regionalną. Wiem, że w akademii pracuje już wiele osób, które są byłymi zawodnikami Górnika. Bardzo mnie to cieszy, bo takie osoby pracują ze zdwojoną siłą i dają z siebie znacznie więcej. Jeśli klub jest bliski ich sercu, to poza samą pracą w piłce robią coś dla swojego miasta i regionu. To niezwykle budujące.
Wspomniał Pan o środowisku górniczym. Górnik Łęczna to klub z charakterem. Jak Pan, jako osoba z zewnątrz, zamierza wkomponować się w to lokalne DNA i sprawić, by akademia dalej tętniła zielono-czarnymi wartościami?
Na pewno potrzebuję trochę czasu, żeby dobrze poznać ten kontekst i region. Chciałbym m.in. odwiedzić kopalnię i zapoznać się bliżej z tym, jak ludzie tutaj na co dzień funkcjonują. Dla mnie niezwykle istotne jest to, by czuć miejsce, w którym się pracuje.
Wspólnie z całym sztabem trenerskim i pracownikami chcę wypracować szereg wartości bliskich lokalnej społeczności. Chcę, aby akademia była miejscem, z którym zawodnicy, rodzice i mieszkańcy chcą się utożsamiać. Te wartości muszą być widoczne nie tylko w codziennej pracy, ale przede wszystkim na boisku – w tym, jak nasze zespoły grają i się prezentują. Nie jestem stąd, nie stanę się w stu procentach lokalnym mieszkańcem od razu, ale chcę być częścią tej społeczności. Od dzisiaj, poza tym, że jestem pracownikiem klubu, staję się też pierwszym kibicem Górnika Łęczna i za chwilę mieszkańcem miasta. Chcę, żeby biła ode mnie aura mówiąca, że sprawy tego regionu są dla nas kluczowe i chcemy je pielęgnować.
Wielu piłkarzy przychodzących do pierwszej drużyny Górnika podkreślało rodzinną atmosferę panującą w klubie. Pozostaje życzyć, by tak samo było w Pana przypadku. Miał Pan już okazję przyjrzeć się akademii z boku – co na starcie rzuciło się Panu w oczy jako największy plus, a co wymaga natychmiastowej poprawy?
Ciężko mi jednoznacznie odpowiedzieć, ponieważ nie przyglądałem się jeszcze aż tak blisko samemu procesowi szkolenia. To zbyt krótki okres czasu, by wyciągać daleko idące wnioski. Podczas pierwszego spotkania byłem tu raz, dzisiaj jestem po raz drugi.
Mogę jednak powiedzieć, że od pierwszego dnia dostrzegłem w ludziach ogromną energię, pasję i chęć do rozwoju tego projektu. Na ten moment wolę skupić się na tym, co funkcjonuje dobrze i na tym bazować. Daję sobie czas na tzw. audyt, czyli przyjrzenie się od środka funkcjonowaniu akademii i klubu. Najbliższe kilka tygodni będzie dla mnie czasem intensywnej obserwacji, po której przyjdzie moment na wnioski i wdrożenie pierwszych działań naprawczych.
A jakim typem dyrektora Pan jest? Woli Pan zarządzać procesami z gabinetu, analizując dane, czy codziennie zakłada Pan dres i obserwuje treningi z perspektywy murawy?
To się okaże, ponieważ w roli dyrektora akademii debiutuję. Wcześniej pełniłem funkcje menedżerskie jako wicedyrektor czy koordynator, ale pełne stanowisko dyrektorskie obejmuję po raz pierwszy. Zobaczymy, jaki będę, ale przede wszystkim będę sobą.
Jako człowiek jestem otwarty i zamierzam mocno wsłuchiwać się w głos współpracowników. Na pewno przyjdzie moment, że założę dres i wyjdę na boisko, bo zawsze mnie tam ciągnęło. Specyfika tej funkcji wymaga jednak elastyczności – będą dni, kiedy odpowiedniejszy będzie garnitur lub styl casual, a będą takie, gdy pojawię się blisko procesu treningowego. Chcę mieć pod kontrolą jak najwięcej rzeczy, ale nie jestem typem skrajnie autorytarnym. Zamierzam zostawić dużą autonomię kompetentnym osobom zarządzającym poszczególnymi działami i kontrolować proces poprzez ścisłą współpracę z nimi.
Wielu ekspertów powtarza, że miarą sukcesu akademii jest liczba wychowanków, którzy przebili się do seniorskiej piłki. Jak z Pana perspektywy powinna wyglądać idealna komunikacja między akademią a sztabem pierwszej drużyny Górnika, aby to wprowadzanie młodzieży było płynne i systematyczne?
Przede wszystkim ta komunikacja musi po prostu istnieć i mieć charakter ciągły. Nie może to być rozmawianie „od dzwonu do dzwonu”, raz na jakiś czas. To musi być nieustanny proces: bieżący kontakt, cykliczne spotkania i stała wymiana danych. Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie rzetelnie oszacować, czy dany zawodnik jest już gotowy na włączenie do treningów z pierwszym zespołem.
Wiadomo, że nigdy nie ma zawodnika gotowego „na już”. To żmudna praca, która wymaga cierpliwości, systematyczności, planu i konsekwencji. Marzeniem każdego dyrektora i trenera w akademii jest wprowadzanie młodzieży do jedynki. Aby to się udało, wsparcie wszystkich osób w klubie – od Prezesa, przez sztab pierwszej drużyny, trenera, aż po pracowników akademii – musi być jednolite. Musimy iść w jednym kierunku i mieć świadomość, że chcemy stawiać na chłopaków z miasta i regionu. Przychodzę do Górnika z pewnymi narzędziami, które mają tę komunikację usprawnić. Liczę na świetną współpracę ze sztabem pierwszego zespołu, byśmy wspólnie pchali ten wózek w tę samą stronę.
Wspomniał Pan również o rodzicach. W piłce młodzieżowej odgrywają oni gigantyczną rolę, choć zarządzanie relacjami z nimi bywa najtrudniejszym elementem układanki. Wielu z nich widzi w swoich dzieciach przyszłych Lewandowskich czy Zielińskich. Jakie zasady współpracy z rodzicami zamierza Pan wprowadzić?
Dla mnie rodzice są przede wszystkim partnerami. Gdyby nie oni, nie byłoby zawodników, a bez zawodników akademia nie istnieje. Bardzo chcę z nimi współpracować. Oczywiście zdarzają się rodzice trudniejsi i tacy, z którymi współpracuje się łatwiej, ale dotychczas zawsze udawało mi się jednoczyć to grono i budować relacje na dobrym poziomie.
Chcę być dla rodziców dostępny. Chcę wsłuchiwać się w ich spostrzeżenia i oceny dotyczące tego, co działa, a co wymaga zmiany. Zależy mi na ciągłym dialogu, choć oczywiście z zachowaniem zdrowego rozsądku – nie chodzi o to, bym spotykał się z nimi codziennie. W dzisiejszym świecie sportu rodzice często pełnią rolę pierwszych menedżerów swoich dzieci. Nie ma sensu ze sobą walczyć, bo gramy do jednej bramki. Każdemu z nas zależy na tym, by ten młody chłopak czy dziewczynka – bo muszę pamiętać, że Górnik ma też silne i świetne zespoły kobiece – zostali w przyszłości profesjonalnymi sportowcami. Ten wspólny cel powinien nas jednoczyć. Nawet jeśli perspektywy klubu i rodzica bywają różne, to dobro zawodnika musi stać na pierwszym miejscu i na tej bazie zawsze znajdziemy kompromis w kwestiach fundamentalnych.
Gdyby miał Pan wskazać jedną, najważniejszą rzecz, której na starcie potrzebuje Pan od zarządu oraz obecnych pracowników akademii, aby ruszyć z pełną mocą – co by to było?
Zaufanie do procesu. Nie mówię tego dlatego, że go teraz nie czuję, bo doświadczyłem już od pierwszych dni bardzo dużo pozytywnej energii. Chodzi mi jednak o konsekwencję w tym zaufaniu. Jeśli obieramy dany kierunek, to chciałbym, abyśmy wspólnie wierzyli, że jest on dla nas dobry i konsekwentnie się go trzymali. To jest rzecz, której najbardziej potrzebuję na starcie. O konkretach materiałowych czy organizacyjnych będę mógł powiedzieć więcej, gdy spotkamy się na przykład za miesiąc.
Na koniec odwróćmy role. O co Pan chciałby zapytać Górnika Łęczna? Jakie pytanie z Pana strony jeszcze dzisiaj nie padło, a uważa Pan je za kluczowe dla sukcesu Pana misji?
Zadaje Pan trudne, wręcz filozoficzne pytania (śmiech). Myślę, że moja kwestia byłaby mocno związana właśnie z tożsamością tego miejsca i regionu. Chciałbym poprosić całą społeczność Górnika o jedno: pomóżcie mi jak najszybciej stać się „jednym z Was”. To pomoże mi lepiej zrozumieć potrzeby klubu, akademii oraz pierwszej drużyny, i pozwoli nam szybciej dostarczać młodych zawodników na poziom seniorski.
Gdybyśmy spotkali się w tym samym miejscu za trzy lata – po czym poznamy, że misja dyrektora Toborka w Górniku skończyła się sukcesem?
Najlepszą odpowiedzią byłoby zaproszenie tutaj ludzi, z którymi przez ten czas współpracowałem, i poznanie ich wniosków oraz opinii. Oczywiście sukces można mierzyć liczbą zawodników wprowadzonych do pierwszego zespołu czy na ogólny poziom centralny, wynikami zespołów młodzieżowych czy standardami organizacyjnymi, jakie uda się wdrożyć. To bardzo szeroki i trudny proces, w którym nikt nie da gwarancji na powodzenie każdego z elementów.
Jednak dla mnie kluczowa zawsze pozostaje opinia współpracowników – to oni najlepiej ocenią, czy to, co zrobiliśmy, było wartościowe i przyniosło zamierzony efekt. Umowę podpisaliśmy na razie na dwa lata i po tym okresie bardzo chętnie dokonam takiego podsumowania. Niekoniecznie sam, ale właśnie ustami ludzi, którzy w tym procesie na co dzień uczestniczyli.
Bardzo dziękuję za rozmowę. Życzę samych sukcesów oraz owocnej pracy w zielono-czarnym, górniczym środowisku!
Jarosław Toborek: Dziękuję bardzo. Do usłyszenia!
