Klubowe Pierwsza drużyna

Ogoljuk: ponoć były inne oferty, ale wybrałem Górnik

W sezonie 1995/96 do kadry Górnika Łęczna dołączyli Piotr Jaroszyński, Artur Koniarczyk i Aleksandr Ogoljuk. Ten drugi przebył długą drogę ze wschodnich rubieży dzisiejszej Ukrainy, tym samym stał się pierwszym obcokrajowcem w historii Górnika Łęczna.

Jaroszyński wspominał, że Ogoljuk to był charakterny, ruski chłop, który niezależnie od mrozu zawsze trenował w krótkiej koszulce. Andrzej Banaszkiewicz wspominał, że Ukrainiec przyjechał do Łęcznej z Krzywego Rogu swoim biały Fordem Escortem.

– Z tym samochodem łączy się jeszcze jedna zabawna historia. Była zima, asfalt czarny, ale droga oblodzona. Jechał chyba do Lublina. Zahamował gwałtownie i auto obróciło się o 180 stopni. Na co jego syn – a też miał na imię Sasza – krzyknął: tata! Zrób tak jeszcze raz! – wspomina Banaszkieiwcz.

Po kilku miesiącach poszukiwań udało się odnaleźć Saszę Ogoljuka. Mieszka w rodzinnym Krzywym Rogu. O piłce też nie zapomniał. Prowadzi FK Fortunę, która aktualnie zajmuje drugie miejsce w rozgrywkach o puchar miasta. – Jak sytuacja z koronawirusem się unormuje, to przyjadę do Polski. Można nawet uda się zagrać sparing – deklaruje pierwszy obcokrajowiec w historii Zielono-Czarnych.

Krystian Juźwiak: – Jak pan trafił do Górnika Łęczna?

Aleksandr Ogoljuk (FK Fortuna Krzywy Róg): – Grałem wówczas w Poligraftechnice Aleksandrija. Jechaliśmy autokarem na turnieju w Niemczech. Co naturalne, przejeżdżaliśmy przez Polskę, gdzie zatrzymaliśmy się, żeby rozegrać kilka sparingów z miejscowymi drużynami. Nie pamiętam ich nazw, ale dobrze nam poszło. Myślę, że wtedy Górnik mnie zobaczył po raz pierwszy.

– Przed przyjazdem do Polski grał pan m.in. w Dnipro. Nie było ofert z mocniejszych klubów niż Górnik Łęczna?

– Górnik grał wtedy w II lidze. Zrobiliśmy awans do I. A czy były lepsze oferty? Ponoć była jakaś z Niemiec. Ale to były inne czasy. Nie myślałem o kontraktach i milionach. Chodziło tylko o to, żeby grać. Cieszyłem się, że trafiłem do Górnika.

– Witalij Kosowskij na łamach portalu ua-football.com wspominał waszą wspólną grę w sbornej ZSRR.

– Grało się, grało. Nawet kapitanem byłem. Ale to wszystko mowa o kadrach młodzieżowych. Wołodia Łebed, Igor Łuczkiewicz, Jurij Pietrow, Taras Łucenko, Roman Gnatiw – z samych Ukraińców można było zrobić mocną drużynę. A grałem jeszcze z Rebrowem i Szowkowskim. Mówię tylko o samych Ukraińcach, ale to oczywiście młodzieżowe reprezentacje Związku Radzieckiego.

Młodzieżowa reprezentacja ZSRR. Sasza Ogoljuk – najprawdpodobniej drugi z lewej w górnym rzędzie.
Archiwum Witlija Kosowskiego/UA-football.com

– Jak pan wspomina drużynę Górnika Łęczna, do której pan trafił?

– Do Górnika trafiłem po krótkich testach. W pierwszym meczu wszedłem z ławki i zdobyłem dwie bramki. W następnym spotkaniu ta sama sytuacja, z tym że strzeliłem tylko jednego. Po tym spotkaniu trener powiedział: dawaj, podpisujemy go.

Wszyscy dobrze mnie przyjęli. Miło wspominam Witka (ówczesny kierownik drużyny). W obronie był Piotr. Z Fido (Jacek Fiedeń – przyp. red.) się dobrze trzymałem, ale jestem wdzięczny całej drużynie, bo nigdy nie dali mi odczuć, że jestem obcy. Wszyscy traktowali mnie jak swojego. A jeszcze był taki młody napastnik. Artur się nazywał, ale nazwiska nie pamiętam. To było dawno temu (śmiech).

– Piotr Jaroszyński wspominał, że pan zawsze biegał w krótkim rękawku.

– (śmiech)

– Muszę zapytać o białego Escorta.

– Przyjechałem nim z Ukrainy i w Lublinie przebiliśmy blachy na polskie. Miałem jedną, taką przygodę. Zimą jechałem za szybko, jakieś 120-125 km/h. Droga oblodzona, no i wpadłem w niemały poślizg.

– A co u pana teraz słychać?

– Dalej jestem aktywny zawodowo. Prowadzę klub FK Fortuna. Za około dwa miesiące będę w Polsce, więc będziemy mogli porozmawiać. Może nawet uda się zagrać sparing.