Archiwum Pierwsza drużyna

Kontuzja na winogronach i konflikt z trenerem. Wspomnienia Andrzeja Borowca

Przed wprowadzeniem czerwonej strefy Klub odwiedził pierwszy bramkarz w historii Górnika. Andrzej Borowiec stał między słupkami zielono-czarnych od 1979. – Wpadł do mnie do domu taki Tadek, a on na kopalni pracował, i mówi: – Słuchaj no, w Łęcznej montują drużynę. Może byś przyszedł. No i poszedłem – tłumaczy były golkiper.

Borowiec przeniósł się do Górnika z Oriona Niedrzwica. Jak wychowanek Cracovii trafił do Łęcznej? Kto, mając piłkę, widział już tylko bramkę? Skąd twarz pierwszego bramkarza na ścianie klubowej hali? Jak wyglądał konflikt Borowca z trenerem Sochą. Przez którego sędziego cofnęli mu rentę? Kto miał „głośne” nazwisko? I jak można doznać kontuzji na… winogronach?

Wspomnienia Andrzeja Borowca.

– O tam na stadionie to ja wiszę! Moja twarz. Jak na nią patrzę to… Ło matko!

– Słucham?

– Na hali wisi taki baner i tam jest też moja twarz.

– To był jakiś konkurs?

– Tomek Płaza do mnie zadzwonił. Mówi: – Chodź, Andrzej przyjedziesz, to zrobimy ci zdjęcie. Przyjechałem. Usiadłem na trybunach i fotograf pstryknął. Jakby stanąć przodem do hali to ja jestem chyba drugi od lewej. Taki w niebieskiej koszulce. Jeszcze namalowali mi barwy Górnika na twarzy.

– A to już w programie graficznym?

– Nie. Normalnie, na twarzy namalowali.

W środku Andrzej Borowiec.

***

– Pan jest pierwszym bramkarzem Górnika.

– Pierwszym od początku istnienia klubu!

– Jak to wyglądało?

– Szczerze powiem, że pierwsze pół roku to było w powijakach. Myśmy w tej B klasie zaczęli grać. Przeszliśmy ligę jak burza. Wtedy zanotowaliśmy tylko dwa remisy, a później to już wszystko do przodu. Pierwszy mecz w historii to remis 1:1 z LKS-em Suchodoły. Potem pojechaliśmy do Lubartowa. Tam 0:0 z Lewartem, a już od trzeciego meczu to się rozkręciło. Mecze się kończyły zwycięstwami po 3:0, 4:0, a czasem nawet po 5:0.

– Skoro odnosiliście takie wyniki to pewnie ściągnięto dobrych zawodników.

– W głównej mierze to byli pracownicy kopalni. Do tego trzech albo czterech chłopaków z Tura Milejów. Oni chyba też pracowali na kopalni. Jeśli mnie pamięć nie myli… Marek Dowlarz, Marek Kowalski, Jurek Flejmer i Krzysiek Gański. Tur miał wtedy kłopoty finansowe i przyszli do nas. Najstarszy był Władek Zimmer. Ja w ’79 miałem 27 lat, a on był koło 40. Klasa obrońca! Ogólnie to była fajna ekipa. A klasę też przeszliśmy jak burza. Można powiedzieć, że co roku był awans. Dopóki trenerem nie został Edek Socha.

– Co się wtedy wydarzyło?

– Znałem Edka kilka ładnych lat, bo wcześniej grał w Avii Świdnik. I on do Górnika przyszedł jako piłkarz. Co się jednak stało? Okazało się, że on chciał wygryźć Andrzeja Zacharego, a ten to był bardzo w porządku człowiek. Przychodzimy na mecz, ale gdzie jest trener? Nie ma trenera! Przychodzi Edek Socha i mówi: – Od dziś to ja będę prowadził drużynę i proszę się do mnie zwracać „trenerze”. Na co cała szatnia wybuchła śmiechem.

– To chyba nie najlepszy początek współpracy.

– Wtedy się skończyła nasza komitywa z Edkiem. On nas, można powiedzieć, gnębił. A to nas przegonił do Milejowa…

– Jak przegonił?

– Biegiem! W ramach treningu. Później graliśmy ze Stalą Poniatowa o awans do okręgówki i przegraliśmy 1:2… Edek miał jednego faworyta. Takiego Piotra Knyszyńskiego. I nie ma co ukrywać. To był dobry piłkarz. Tylko miał jedną wadę. Jak dostał piłkę, to widział już tylko bramkę. Koniec końców to dla niego się źle skończyło. Sfaulowali go i wylądował na stole operacyjnym ze złamanym barkiem.

– A jak dalej układała się współpraca z trenerem Sochą?

– Myśmy sobie z niego jaja robili. Przeważnie ja, Andrzej Stolarek albo Marek Dec. Pewnego razu Edek Socha powiedział, że przyjdzie do nas wybitny piłkarz o głośnym nazwisku. Pytamy się z zaciekawieniem: kto to taki? Odpowiedział, że Bronisław Kowalski. Na to Marek Dowlarz wypalił:

– Eee tam! Mój dziadek miał głośniejsze, bo się Huk nazywał.

– Pan nie ukrywa, że wam się nie układa ta współpraca.

– Bo myśmy przegrali ze Stalą przez jego złe decyzje. Tydzień wcześniej graliśmy z ostatnią drużyną w lidze. Z Budowlanymi Lublin. Tam trenerem był taki Tomek Biedecki. On mówi do Edka:

– Edek słuchaj, bo my i tak szansy z wami nie mamy. Chociażbyście nam obiad postawili.

A Socha na to:

– Co!? Zobaczysz, z bagażem wyjedziecie!

Tomek wzruszył ramionami i poszedł do swoich chłopaków. Oni zmotywowani, żeby nie stracić, stanęli przed szesnastką i co rusz wybijali. Jak to się mówi, zaparkowali autobus przed polem karnym. W końcu tak wybili, że klient poszedł sam na sam ze mną i strzelił. Przegraliśmy 1:0. I zrobił się tylko jeden punkt przewagi nad Stalą.

Nam wystarczał remis. Z przodu grał Boguś Szpejda i Jasiu Kaczanowski. Myśmy Bogusia „Pikuś” nazywali. Bo mały był, ale szybki skurkowaniec… No, nie udało się awansować.

Wie pan, jak wyglądały rozmowy Edka z zawodnikami?

– Nie mam pojęcia.

– Tak jak ja z panem teraz rozmawiam.

– Czyli?

– Czyli brał każdego po jednym do takiego braku przed stadionem i rozmawiał. Jeszcze robił nam badania w przychodni sportowej na Zygmuntowskich w Lublinie. Zamiast przyjść i powiedzieć, że testy wyszły tak i tak. To każdego wzywał po kolei. Mnie wezwał:

– Tu są twoje wyniki. Możesz sobie przeczytać?

– Ja nic czytać nie będę, bo wiem, że zdrowy jestem.

–  Ale tu wyszło, że Gucio Gołociński ma lepszy refleks.

– No, ale broni chyba ten, kto jest w lepszej dyspozycji.

Zebrałem się i wyszedłem. Miałem po tym odejść z klubu. Chłopaki mnie przekonali, żeby zostać.

– Czyli raczej sobie ręki nie podawaliście z panem Sochą.

– Zależy. Kiedyś Marek Dec przyszedł i mówi: – Edek przyjechał z Kanady i chce się z nami spotkać. Zaprasza wszystkich do restauracji na Krakowskim Przedmieściu w Lublinie. No i poszliśmy. Ale piwo sami musieliśmy sobie kupić!

***

– A jak w ogóle wyglądał pana początek w Górniku, bo przecież z ulicy pan tu nie trafił.

– Ogólnie to ja jestem Krakus. Moi rodzice przyjechali do Lublina z Krakowa. Moim pierwszym klubem była Cracovia. Miałem 12 lat, gdy rodzice się przeprowadzili na Lubelszczyznę i tutaj zaczynałem w Sygnale. Jak trafiłem do Górnika? Byłem w domu. Wpadł do mnie do domu taki Tadek, a on na kopalni pracował, i mówi: – Słuchaj no, w Łęcznej montują drużynę. Może byś przyszedł? No i poszedłem. Tego samego dnia po południu był przegląd piłkarzy. Ja byłem wtedy zawodnikiem Oriona Niedrzwica, ale akurat była przerwa w rozgrywkach. Przychodzę na te testy, a tam już był Jurek Flejmer i Marek Kowalski, a myśmy się już znali, bo graliśmy przeciwko sobie w lidze. Podchodzi do mnie taki mały facet i mówi:

– Pan jest kto?

– Ja na bramce grałem.

– Oj, ja mam ludzi na tę pozycję. Nie wiem, jak to zrobić. No, może jakoś to będzie.

– No zobaczymy. Pana decyzja. Ja się prosić nie będę.

Między testowanymi zawodnikami był rozgrywany mecz. Najpierw między słupkami stanął taki młody chłopak, ale to może dziesięć minut nie bronił, bo nie miał pojęcia. Tyle że nogami coś tam wybijał. Za niego wszedł Kabaciński – myśmy go Kabat nazywali. On zawsze stawał na baczność i puszczał piłkę. Po przerwie ja broniłem.

– Rozumiem, że przekonał pan włodarzy i trenerów nowo powstającego Górnika.

– Po meczu przychodzi do mnie pan Kołodziej.

– Czy pan gra gdzieś w piłkę?

– Jestem zawodnikiem Oriona Niedrzwica.

– A czy pan nie chciałby zagrać u nas? Trener wypowiadał się w samych superlatywach. Potrzebujemy takiego bramkarza, który potrafi wznowić piłkę ręka, a nie wybija na oślep.

Akurat z Niedrzwicy odszedł trener Czesio Żurawski. Wydawało się, że klub się rozpadnie. Jak Górnik awansował do A klasy, to oni spadli z okręgówki. Tam się wszystko posypało. Nie było Czesia i nie było tego, komu prowadzić. No ale padło najważniejsze pytanie:

– Co musimy zrobić, żeby pan u nas grał? – pytał pan Kołodziej.

– Ja zwolnienie z Niedrzwicy załatwię bez problemu. Tylko załatwcie mi pracę.

Załatwili. Najpierw byłem w oddziale samochodowym. A potem do 1987 roku byłem na dole. Potem poszedłem na rentę, która zaraz mi zabrali.

– Dlaczego?

– A miałem takiego serdecznego kolegę – były sędzia. Telewizja Lublin poprosiła, żeby u nich zagrać, bo mieli mecz towarzyski z old boyami Włodawianki. I skurczybyk pojechał za mną, zrobił zdjęcie i wysłał do ZUS-u!

– To nie taki serdeczny ten kolega!

– Nie no ja się tak śmieje. I wtedy mnie rentę cofnęli. Poszedłem do pracy do MOSiR–u w Lublinie. I teraz przeszedłem na emeryturę.

***

– Wiem już, jak się wszystko zaczęło. A jak się skończyła pana przygoda z Górnikiem.

– 32 lata miałem jak doznałem kontuzji. Pamiętam, że mieszkałem wtedy w hotelu górniczym numer 1. A hotel był tam za szkołą. Głupia to była kontuzja. Wieczorem kolega mnie namówił na winogrona. Na pakowałem owoców w koszulkę. A ciemno już było. Nie zobaczyłem silosu. I trach! Dwa żebra połamałem.

A wtedy do Górnika przyszedł taki młody bramkarz z Cycowa i ja już się wtedy pakowałem.

GKS Górnik Łęczna – LKS Suchodoły 1-1
Bramka: Kowalski 34

Górnik: Andrzej Borowiec – Jan Kwieciński, Władysław Zimmer, Jerzy Flejmer, Krzysztof Skrzypczak – Andrzej Borcoń, Marek Dowlarz, Marek Kowalski, Jarosław Michalski – Krzysztof Gański, Michał Skoniecki, oraz Zdzisław Żach, Piotr Misiewicz, Jacek Topolski